Posty

Każdy śni swój American Dream, kto by się spodziewał, że moim są Twoje ramiona.
Ostatni raz żyjemy na tej planecie, dopijmy swoją whisky.
Z istnieniami dzisiejszej rasy rozmawia się jak z echem w pustej przestrzeni. Połknięci przez pieniądze, wydalani przez system, ludzie bezwartościowego pochodzenia. Ich Bogiem są pieniądze, pogubieni we własnym losie. Uśmiecham się, kiedy wiem, że wygrywam.
Adrenalina podnosi we mnie wszelkie poziomy wrażliwości na krzywdę. Dopada mnie w momencie, w którym każdy odwraca wzrok, staję się nieustraszona, jestem sobą. W moim życiu nie ma przyzwolenia na krzywdę, która rani słabszych. Spełniam wielką misję dla małych istnień.  Obserwuję.
Tłumię swój strach, który jest w każdym z nas. Ukrywam swoje prawdziwe ja za prozą pisaną nocą. Jestem porywczym liściem, który wiruje w swoim szaleństwie.
Ludzie wykonani ze stali, gdzie w środku echo jak w pustym pokoju. Takie czasy.
Gdy przyjdzie czas by pójść gdzieś tam, gdzie żyjący na ziemi nie chodzą, nie roń łez, uśmiechnij się, coś się kończy aby coś miało szansę się zacząć. To jak balet, w którym będę tańczyć wieczną rolę. Witam Cię w moim przedstawieniu, które znajduje swój ustronny koniec. Nie martw się, spotkamy się tam, gdzie każdy z nas zmierza, ale zapomina w jakim celu. Mamy to, czego inni dostrzec nie mogli. Zostaliśmy ocaleni przez samych siebie. Wieczna kraina piękna otula mnie swoim pierzem otchłani.
Kiedy odejdę gdzieś tam, gdzie świat jest wreszcie całkowicie piękny, wypiję w końcu gorącą kawę. Wszelkie słupki serotoniny przekształcą się w niekończący się hedonizm.
Melatonina mi zanika, boję się już mówić nie, melatropina wypływa mi oczyma, wredna suka. Glukagon w dupie ma ten cukier, którego nie mam. DHEA sprawia, że już wcale nie jem. Dopamino, kim jesteś?
Niedobór serotoniny, nadmiar kortyzolu.  Piję kolejną zimną kawę, powielam znowu ten banalny melodramat. Chemiczny proces samodestrukcji