Posty

Nieistotnie istotna sprawa

Prawdziwym problemem tego świata jest to, że ludzie w sercach noszą oprócz dobra, też zło. I najgorszym faktem jest to, że większość wybiera właśnie zło.
Czuję się jak w innym wymiarze, w mojej głowie może wszystko byłoby piękne Ten raj świeciłby milionem kolorów, wszystko byłoby już dobrze Jednak świat chciał mojej krzywdy, odebrania mi uśmiechu i prawd Jedynym plusem tego jest charakter, który tylko już mam Czasem zamykam oczy i wyobrażam sobie ten świat, Taki mój, inny, pełen nadziei wypełnionej spełnieniem Dziś tylko mogę zapytać swoją wyobraźnię skąd zna te miejsca Gdy odchodzę, kręcę się wokół siebie, patrzę w księżyc w pełni i zamykam umysł Zło przestaje istnieć, idzie dobro Tworzymy pokolenie słabych silnych, złych dobrych i jesteśmy nikim kimś Paradoks naszego istnienia wychodzi nam z oczu Ewolucja płacze nad naszymi głowami Mieliśmy nie poddać się nigdy
Jesteśmy pokoleniem zimnej kawy, szybkiego jedzenia i pustki w głowie.
Otulone mokrą pierzyną oczy, patrzące w oddal nad przepaścią Nie patrzę w dół, nauczona wiecznie patrzeć przed siebie i w górę Moje skrzydła zostały ścięte przy narodzinach, lecz me serce nigdy zabite Jestem człowiekiem, to jak miód na serce i puch otulający drobne ciało Nigdy jednym z wielu, zawsze nielicznym Słyszałam głos z tyłu, który kazał mi stać, gdy ja biegłam na cienkiej lince Jak małe dziecko prowadzone przez diabła, wyrywam się i zdobywam góry W tonącej nędzy otaczającego świata, dostrzegam kwitnące pąki Przypatruje się w nie, w bezdechu, oddalając się od zła To jak medytacja, hipnoza, totalne unicestwienie ciemności Gdy prostuję plecy, każdy kręg strzela mi iskrami Spoglądając na rozkwitające życie, na piękno dookoła moje oczy zachodzą ogniem Drży moje ciało, w głowie nastaje głośna cisza Gram melodie jutra, kiwam głową, otumaniona Gdy chcę wrócić do domu, zastanawiam się którędy do niego? Dziecko własnych marzeń, ambicji i planów, zabite na starcie Moja nad...
Nie widziałam nic, co dobre mogłoby być. Ciarki, dreszcze, łzy i smutek, to chory syf.
Najgorzej jest wtedy, gdy wracasz tam, gdzie nigdy wracać nie chcesz Gdy Twoje życie, czas i myśli obracają się jak słońce wokół ziemi i nie widzi w tym sensu Roztrzaskano mnie od środka, dziecko złego pokolenia Jestem struną, którą szarpie osobowość zła Przeklęta aura w domu, który kochać miał, cztery ściany, asymetria Oczy tlą się jak zapałka, schowałam testament do szuflady Nie sądzę, żeby człowiek chciał być podłym niczym bez powodu Zabierz mi oczy, bym nie musiała tego oglądać Zabierz mi uszy, bym nie musiała tego słuchać Zabierz mi usta, bym nie musiała tłumaczyć Zabierz mi wszystko, bylebym nie musiała tego dźwigać
Wierzę, że któregoś dnia zobaczę to, co dziś ukryte jest pod płachtą zła Próbuję wydostać się ze swojego ciemnego ubrania Wyjść i w końcu zobaczyć światło, długie, długie jak droga przede mną I nie przestawać wierzyć, mieć tą niezachwianą wiarę w życie Jesteśmy złym wyborem naszych podopiecznych, ale musimy być Nie wiem co mam Ci powiedzieć, ktoś kiedyś był wobec mnie zły Dziś ja staję przed lustrem i widzę tego kogoś złego, wcielenie poprzednika I krzyczę w te pieprzone lustro i do siebie samej, żeby się wyniosło Ze mnie, ode mnie, żeby odeszło w cholerę, bo to mnie niszczy Wszystkie sytuacje były jak szlak niewidomego pośród cierni Dziś jestem silniejsza o to, co przeżyłam i wiem to już Każdy z nas ma jakąś słabość, swoją ciemną stronę My wybieramy, którą część siebie karmić będziemy Wybierzmy mądrze i idźmy tam, gdzie widać światło Nie wpadajmy w sieci goryczy, zazdrości i bólu Cierpmy tylko dlatego, że jesteśmy źli, ale zmieńmy to Bądźmy dobrymi ludźmi, nie zawiedź...
Zostaliśmy wykluczeni z tego pieprzonego otoczenia Bo nasze serca zbyt płonęły zbyt płonęły Były wypełnione ogniem i żarem, który tlił się zawsze Nieprzerwanie Zostaliśmy zgorszeni przez ich zazdrość, ludzi zwykłej rasy Szarej codzienności, których serca nie płonęły nie płonęły Czarne balony wznosiły się wciąż w górę wraz z ich goryczą Nienawidzili nas za nadzieję i wiarę w Boga Za miłość, która nie gasła z dnia na dzień, jak ich uśmiechy Wbijali nam strzały z łuku zakończone ogniem i gniewem Ta droga wiodła ich ku potępieniu, a mimo to brnęli w to głębiej A my upadaliśmy na kolana i błagaliśmy naszego Pana o uświęcenie ich dusz, ich zagubionych dusz By pokazał im, że nie muszą żyć zawiścią Ich dusze znów mogą być zdrowe
Sama już nie wiem czy to uwarunkowanie dało mi więcej, niż mogło zabrać Wiem tylko, że potykam się o siebie każdego dnia Krzyczę przez łzy, mówię milczeniem W tej ciemności jestem sama, tlę się nad krzesłem Błysk mojej duszy symbolizuje ostatnie tchnienie Jestem bezsilna na te sytuacje, obojętna na swój los Coś trzyma mi pętle na szyi, odstawia krzesło, na którym stoję Całe życie marzyłam o wolności Moim sposobem na walkę zła, jest walka dobrem.
Wracam niczym upadły anioł, otrzepując swe skrzydła z popiołu Tlę się jak nadzieja, która nigdy swego końca znaleźć nie mogła