Posty

Być może to, że najbliżsi ranią Cię tak, jak robi to pistolet, z którego pocisk rozrywa Ci serce, czyni Cię mocniejszą i kuloodporną ma jakiś większy sens. Któż inny potrafiłby żyć z sercem roztrzaskanym na miliardy tkanek, którego zszycie nie będzie już nigdy możliwe. Moje imię, nazwisko, narodowość, wiek, poglądy to wszystko tylko zapis jakiegoś celu. Jestem człowiekiem, który nie godzi się na zło. Wypieram pieprzone zgliszcza diabelskiego prochu. Mój dotyk sprawia, że parzę. Mój wzrok sprawia, że przeszywam doszczętnie ciało. Mój uśmiech zawiera nieznaną tajemnicę. Mój słuch jest wrażliwy na pogardę. Mój oddech jest krystalicznym tańcem duszy. Mój wyraz twarzy nigdy nie zdradza prawdy. Moje usta wypuszczają słowa gładkie, jak puch. Wszystko, co myślisz, że czujesz jest iluzją, swoistą układanką, której tajemnicy nigdy nie zdołasz rozwikłać. Nonsens.
Indygo w mojej głowie nie daje mi przyzwolenia na cierpienie, czasem rozmyślam co bym czuła będąc biernym puzzlem wielkiej, marnej układanki głupich ludzi. Grawitacja ściąga mnie na ziemię. Próbują wzbudzić nasz strach, dopaść się do naszych fobii, rozegrać z nami grę, w której wyjdą wszystkie nasze obawy. Plują w nas bólem i poczuciem beznadziejności. Wy, ludzie zwykłej rasy, zapomnieliście o uśmiechu i szczęściu. Narzekacie, że na świecie jest tyle nieszczęścia, więc dlaczego dokładacie swoją cegiełkę i sami jesteście nieszczęśliwi?
Każdy śni swój American Dream, kto by się spodziewał, że moim są Twoje ramiona.
Ostatni raz żyjemy na tej planecie, dopijmy swoją whisky.
Z istnieniami dzisiejszej rasy rozmawia się jak z echem w pustej przestrzeni. Połknięci przez pieniądze, wydalani przez system, ludzie bezwartościowego pochodzenia. Ich Bogiem są pieniądze, pogubieni we własnym losie. Uśmiecham się, kiedy wiem, że wygrywam.
Adrenalina podnosi we mnie wszelkie poziomy wrażliwości na krzywdę. Dopada mnie w momencie, w którym każdy odwraca wzrok, staję się nieustraszona, jestem sobą. W moim życiu nie ma przyzwolenia na krzywdę, która rani słabszych. Spełniam wielką misję dla małych istnień.  Obserwuję.
Tłumię swój strach, który jest w każdym z nas. Ukrywam swoje prawdziwe ja za prozą pisaną nocą. Jestem porywczym liściem, który wiruje w swoim szaleństwie.
Ludzie wykonani ze stali, gdzie w środku echo jak w pustym pokoju. Takie czasy.
Gdy przyjdzie czas by pójść gdzieś tam, gdzie żyjący na ziemi nie chodzą, nie roń łez, uśmiechnij się, coś się kończy aby coś miało szansę się zacząć. To jak balet, w którym będę tańczyć wieczną rolę. Witam Cię w moim przedstawieniu, które znajduje swój ustronny koniec. Nie martw się, spotkamy się tam, gdzie każdy z nas zmierza, ale zapomina w jakim celu. Mamy to, czego inni dostrzec nie mogli. Zostaliśmy ocaleni przez samych siebie. Wieczna kraina piękna otula mnie swoim pierzem otchłani.
Kiedy odejdę gdzieś tam, gdzie świat jest wreszcie całkowicie piękny, wypiję w końcu gorącą kawę. Wszelkie słupki serotoniny przekształcą się w niekończący się hedonizm.