Posty

Dużo osób mówi mi, że chce być idealnym, ale oni czegoś nie rozumieją. W byciu idealnym nie chodzi o reputację, o kwotę w portfelu, tylko o Nich. Oni nie wygrywają, nie są idealni. To nie o to chodzi. Zobacz co masz w oczach, wtedy zobaczysz prawdę. Najpiękniejsze co możesz zrobić dla siebie to pokochać siebie, i kochać swoje serce, bo w nim jesteśmy prawdziwi.
Ból przez łzy czuć stokroć mocniej niż wszystko zaciśnięte zęby, wzrok na podłodze rozpadł się na milion kawałków rzygam ciało bezwiednie opada w czeluść ciemności Diable, jestem Twoja Oddaję siebie niewarte spojrzenie, zawieruchę wspomnień Jestem niczyja Boga dawno we mnie brak Dzisiaj widziałam jak szedł obok mnie i ominął szerokim łukiem Duszę się tym chłodem, wiem wszystko o nim Odchylam rękę, widzę pulsujące żyłki, przecinam, wycinam, rozcinam Czerwień balansuje na mych skroniach w akompaniamencie szybkiego tętna Piękna melodia buntu i cierpienia Zawsze, na balkonie obserwuję rozdwojenie jaźni Czwarta pora roku, trzynasty miesiąc roku, dwudziesta piąta godzina dnia, piąty tydzień miesiąca świat innego boga bez znaczenia
Ciemność W moich oczach tli się ciemność, świat owiany kłamstwem, pełen niemocy Mam ochotę tylko mówić do widzenia, bez spojrzenia Odwracać się gdy ktoś próbuje wymusić śmiech W głębi tego dna, bez wyjścia tkwię w sobie samej Otulona płaczem Wyzwolić mnie może tylko demon Pochłaniając ostatnie kawałki światła z mej niemocy Bać się? W sumie, stąpam sama sobie na płaszczyźnie krawędzi Leci liść, spada, w dół, patrzę.. nie ma liścia Nie mogę spać, gdy słońce nie wstanie i wykrzyczy dzień zły Wtedy obracam się zgodnie z kierunkiem wiatru, liście tańczą z nami dance macabre Bez wyjścia, obuchem w twarz, w głowę Sztylet w serce, upadek nie boli, znośny jak na cały ten proces Leżę Powstały dym ciemny jak oczy, jak wnętrze, serce i dusza Dławię się tym dymem Nie wiem co jest prawdą, myśl za myślą Cierpię na myśl, zabijają, zabijają, zabijają resztkę człowieczeństwa, obezwładniają, biorą górę nad ciałem Runęło, niczym płonący odłamek kosmosu Nie mogę oddychać, iluzja, kpina...
O, spójrz na to, co jest w głębi nas Sekret Kiedy skaczę nad przepaścią nie zastanawiam się co jest pode mną O, aniele zesłany z nieba Kiedy widzę to, na co patrzeć się nie powinno Tak wysoko, oh, tak wysoko Lecę wraz z Tobą, tak wysoko, za wysoko Wokół nas same pijane istoty, jakby w innym stanie świadomości Zesłano Cię tu by otrzeć wreszcie te łzy Nie myślę.
Ledwo powstrzymuję wydostanie się całej tej goryczy z mego serca Patrzę, ale nie widzę oraz słyszę, ale nie słucham Czy może być coś gorszego od połowicznej obojętności? Zgorzkniały sen śni mi się w każdy dzień Z wielką chęcią mogłabym stąd uciec, ale trzyma mnie dno podłogi Właściwie każdego dnia zmęczenie dobija granic wytrzymałości A ten stan nie wróży nic dobrego Tak myślę, to koniec ale w końcu zawsze zawarty jest początek Tylko szkoda mówić o końcu, gdy nie jest się go pewnym Lub odczuwam koniec, ale on się nie zdarza Ze wzruszenia mam ochotę zrobić coś wielkiego dla siebie Coś, co przypieczętuje koniec I to będzie dobry początek, bo jeśli ostateczność jest wątpliwa To może czas na własną rękę tworzyć początek? Krwawię białą krwią, ale nikt nie widzi, tylko patrzy Nawzajem sobie obojętność
Ogarniała mnie złość do świata Byłam przepełniona wizjami siebie Kiedy byłam w amoku nie myślałam, że moje życie ulegnie przepaści Puści się za rogiem i mnie ominie szerokim łukiem Powtarzałam, że nie czuję nic, krzyczałam jadem, który ranił najbardziej mnie Nie byłam świadoma swej rozpaczy duszy Zło miałam w sobie głęboko i gniew wypływał mi oczami Nie chciałam czuć nic i dążyłam zbyt głęboko w tę przepaść Zagubiłam się, w oczach oceanu trudno stamtąd wyjść Nie byłam już sobą, nie pozwalałam dotknąć się Wychodziłam by krzywdzić Mówiłam by krzywdzić W zamian za siebie przez cały czas Mój stan był dla mnie normą, w tamtym momencie kwintesencją Wisienką na torciku Mówiłam, że będzie tak, jak ja zachcę, byłam ciemnem,głodem Trwałam długo w złym świetle świata Otaczałam się dobrymi, ale jednak złymi ludźmi Wiązałam się z kimś złym, by móc być złą
Jestem zmęczona byciem tutaj, dziś Chciałabym się spóźnić, odejść, wyjść i nie wrócić Gdy jasne światła zaświecą, przestanę się bać, wreszcie A wszystko stanie się przejrzyste i jasne Wyjdę bez wiary, nago odziana w paradoks A melodię mojego wnętrza zagram na pianinie Będzie wyć i coraz szybciej grać Będę wysoko, odziana w codzienność i biel najjaśniejszą z najjaśniejszych Puch posypie się na twoją twarz o moim zapachu, gdy jestem szczęśliwa A łzy znikną wtedy, gdy nastanie koniec Gdy powiem, że spóźniłam się, po prostu bo jestem zmęczona i nic więcej nie chcę wiedzieć tylko, że dziś jestem spóźniona i nie jest mi z tym źle bo bycie tu jest udręką, swoistą katorgą i samookaleczeniem Dziś zaprzestaję walki i upadam, wraz z puchem.. biel najjaśniejsza z najjaśniejszych, spójrz w górę..
Osamotnieni z wyboru I przyglądam się każdej żyłce na ręce, która ruszała się tylko dzięki mnie Wciągnę Cię do środka, wpuść mnie Jesteś moim pacjentem, a ja Twoim Odnaleźliśmy się w swoich słabościach, które pokazywały jedynie mocne strony Oczy lśniły nam nadzieją, iskrą pełną wiary Popełniliśmy wiele błędów, jakby przeciw sobie A gdy zrozumieliśmy, że żyjemy nawzajem sobie, zaczęliśmy się mijać Kochaliśmy się czymś więcej, niż tylko miłością Nie nazwałabym tego czymś innym, jak boskim Omal nie tracimy siebie z byle powodu Jesteśmy jak dryfujące kłody na przestrzeni oceanu W wielkim świecie
Czasem trzeba umrzeć, żeby ktoś inny miał szansę się narodzić.
Szukam Boga, w każdym szczególe dnia codziennego Ja wciąż myślę, ja wciąż szukam, jestm tu ja i moje oczekiwania Oczekuję szukając, jestem ciekawa tego, co zobaczę Odchodzą wszystkie demony z mojego ciała, moja dusza pragnie być znów czysta Mój każdy upadek pieczętuje słony posmak Chcę być wolna, chcę już być uwolniona, chcę wciąż być sobą, nie musieć udawać W każdym moim spojrzeniu widnieje milion różnych przesłań Moje uśmiechy zawsze oznaczają coś więcej Jestem typem tajemnicy, której nigdy nie da się rozwiązać. Zagadka.